Jako dziecko stanu wojennego załapałem się na epokę, w której gry video poznawało się w dużej mierze z salonów, zwanych powszechnie i przez ekstensję metonimiczną „fliperami”. Przez całe życie odwiedziłem ich raptem kilkanaście, natomiast szczególne miejsce w moim serduszku zajął salon gier umiejscowiony w Zakopanem na skrzyżowaniu ul. Kościuszki i al. 3-go Maja. 

Ów salon to dla mnie miejsce bardzo szczególne: tam bowiem po raz pierwszy zobaczyłem na żywo takie hity jak Street Fighter 2 Turbo, Mortal Kombat 1 i 2, Double Dragon 2 czy The Punisher – a każda z tych gier mnie oczarowała do tego stopnia, że grałem w nie długo i na różnych platformach. Miejsce „szczególne” nie oznacza jednak miejsca, które wspominam ciepło. Wprost przeciwnie – oprócz genialnych gier, które dostarczyły mi niesamowitych przeżyć, nic więcej mi się tam nie podobało, a zwłaszcza ludzie. Na kasie siedziała pani babcia, która co prawda do wszystkich uśmiechała się miło, ale kilka razy oszukała mnie na żetonach o czym zorientowałem się po fakcie. A że bardzo rzadko byłem tam legalnie, to i tak nie miałem się komu poskarżyć.

Najgorsza jednak była klientela tamtego przybytku a ja bardzo szybko zorientowałem się, że istnieje kilka typów go odwiedzających. Po pierwsze, lokalni mistrzowie – dzieciaki, które wydały na żetony równowartość ich wszystkich organów wewnętrznych po kursie czarnorynkowym, ale dzięki temu były w stanie przejść konkretną grę z zamkniętymi oczami. Z reguły otaczał ich wianuszek rozentuzjazmowanych kibiców – i chyba właśnie tą uwagą i szacunkiem mistrzowie się karmili. Co ciekawe i jak teraz sobie pomyślę zupełnie kontrintuitywne, w życiu nie widziałem, żeby jacyś mistrzowie się ze sobą pojedynkowali.

Po drugie, kibice. Anonimowi, zupełnie do siebie nawzajem podobni, pozbawieni jakichkolwiek osobowościowych cech charakterystycznych. Istnieli chyba tylko po to, by stać przy automacie i lampić się mistrzom przez ramię i zagrzewać ich do dalszej rozgrywki.

Po trzecie, frajerzy, tacy jak ja. Wchodzili do salonu trochę przestraszeni, wysupływali jakieś zaskórniaki, podchodzili do automatu i dawali się skroić w ciągu pierwszych 3 minut gry. Potem wydawali pół tuzina żetonów, by dotrzeć do drugiego etapu. A potem zdezorientowani wytaczali się z salonu, zadając sobie pytanie, jak to możliwe, że po tylu godzinach spędzonych przed (własnym!) komputerem i/lub konsolą, nadal są takimi cieniasami.

Po czwarte wreszcie, cwaniaczki czyli najbardziej obślizgły, analno-penetrujący i koprofagiczny typ bywalca. Kręcił się taki jeden z drugim wśród kibiców i polował na frajerów. Gdy już sobie ofiarę upatrzył, najpierw się napinał i puszył, mówiąc, jaki to on nie jest świetny i jak bardzo lepszy od mistrza, tyle że dzisiaj to go ręka boli albo nie ma kasy na żetony. Ale jeśli frajer kupi mu żetony, to cwaniaczek pokaże frajerowi, jak się gra i dokładnie go wszystkiego nauczy. A nawet pójdzie za frajerem, gdy ten już będzie się próbować salwować ucieczką z salonu i przez całą drogę będzie mu opowiadać jakieś niestworzone historie o byciu domorosłym programistą gier video.

W rezultacie, gdy czasem słyszę legendy o niesamowitym klimacie salonów gier video w latach ’80 i ’90 i o epickich przyjaźniach w nich zadzierzgniętych, to chce mi się śmiać, bo tamten zakopiański to chyba musiał być jakiś (a)kulturowy ewenement. Ja sam odwiedzałem go w różnych okresach w latach ’90, zwłaszcza w przedziale ’92-94. Potem, szczęśliwie, dostałem komputer i nie musiałem już wydawać kasy na żetony ani przepychać się z jakimiś bucami, bo Mortal Kombat 2 na PeCecie wyglądał doskonale. A potem salon po prostu zniknął – najpierw z mojej mapy mentalnej a potem z krajobrazu.

I bardzo dobrze, bo to było do cna fekalne miejsce. To pierwszy powód, dla którego jest mi teraz wesoło. Drugi natomiast jest taki, że wystarczyło zaczekać raptem paręnaście lat, by wszystkie te gry, które wtedy wydawały się takie niezwykłe, odległe i niedostępne mieć na swoim komputerze z odpalonym emulatorem MAME. I z jeszcze większą radością stwierdzam, że gry nic w ten sposób nie straciły. A nawet więcej – dopiero teraz można się tymi grami należycie nacieszyć: bez kończących się żetonów i wszędobylskich cwaniaczków.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Mistrzowie, frajerzy i cwaniaczki, czyli bezimienny salon gier w Zakopanem przy al. 3-go Maja

  1. heh pamiętam te czasy, ja miałem taką jaskinię hazardu na stacji PKP gdzie przewaliłem sporo kasy na ten niecny gierkowy proceder

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s