Patent na słuchawki łączące się z urządzeniem za pomocą technologii bluetooth odkryłem parę lat temu. A ponieważ regularnie sknerzyłem, miałem w posiadaniu całą serię sprzętu, który bardzo łatwo tracił zasięg, ulegał zakłóceniom i wreszcie psuł się na amen. Czasem nawet z moją pomocą. Rezultat był jednak taki, że stałem się wielkim fanem rozwiązań bezprzewodowych, głównie z uwagi na permanentnie plączące się kabelki tradycyjnych słuchawek, które przez lata użytkowania doprowadziły mnie do ciężkiej nerwicy.

Przez jakiś czas korzystałem więc przed komputerem ze słuchawek sportowych, które miały baterię zapewniającą jakieś 5-6 godzin żywotności, co w tych warunkach stanowi raptem 1/2 czasu, który dobowo spędzam przed monitorem. W poszukiwaniu odpowiedniego sprzętu udałem się więc na aledrogo. Domyślne słuchawki miały:

  • łączyć się tradycyjną technologią BT, żebym mógł je sparować z różnymi innymi urządzeniami,
  • mieć budowę klasycznych nauszników-ocieplaczy,
  • wyglądać jak słuchawki gamingowe a nie jak limitowany zestaw dla podstarzałego melomana czy innego winylowego hipstera,
  • dopuszczać możliwość zwykłego połączenia kablowego w warunkach awaryjnych,
  • kosztować jakoś do 150 PLN.

Po zastosowaniu tych kryteriów stwierdziłem, że wybór w zasadzie podjął się za mnie. Na liście znalazły się tylko trzy modele, spośród których najatrakcyjniejszy stosunek jakość-cena-wygląd-recenzje innych użytkowników wydawały się mieć właśnie rzeczone Mad Catz. Klik-klik i po dwóch dniach sprzęt był u mnie.

Sprzedawca zapakował słuchawki tak solidnie, że nad pudełkiem spędziłem dobry kwadrans czując się przy tym jak to biedne dziecko, któremu kazano wciskać gwiazdki, trójkąciki i kółeczka do skrzyneczki z otworami. Kiedy wreszcie przebrnąłem przez kilka warstw folii bąbelkowej, niczym zbłąkana dusza przez zapory kolejnych archontów w drodze do absolutu, ujrzałem zaskakująco stylowe opakowanie. Z reguły nie zwracam na to większej uwagi, bo pudełko ląduje głęboko pod łóżkiem wśród innych pudełek i tylko na wszelki wypadek, gdyby trzeba było reklamować. Tym razem natomiast otrzymałem pancerną lecz elegancką, plastikową skrzyneczkę. Nie wiem jednak, jakie zastosowanie znajdę dla niej w przyszłości i może się skończyć tak, że będę się irytować obecnością jeszcze jednego ajtemu zalegającego wśród innych. Na razie jednak trzymam je w widocznym miejscu.

Zawartość pudełka to również ciąg miłych niespodzianek. W zestawie otrzymujemy bowiem dwa firmowe kabelki (audio i USB), specjalny woreczek do transportu i przechowywania sprzętu (bardzo miły w dotyku materiał!) oraz garść naklejek. Niby nic a cieszy.

Najważniejsze jednak to oczywiście same słuchawki a pierwsze wrażenie miałem co najmniej świetne. W konstrukcji zastosowano porządny plastik oraz dobrze wypchaną czymś miękkim eko-skórę. Słuchawki są w dużym stopniu regulowane – choć trochę przeraziło mnie, że na swoją głowę musiałem je rozciągnąć niemal do granic możliwości. Miałem kiedyś robione pomiary w ramach uczęszczania na zajęcia z Antropologii fizycznej, więc wiem, że wbrew moim kompleksom mieszczę się w normie populacyjnej objętości mózgoczaszki. Oznacza to więc, że decydując się na zakup trzeba brać pod uwagę rozmiary swojej dyńki. Z drugiej strony, słuchawki można bardzo łatwo ścisnąć do rozmiarów niemalże kieszonkowych. Bardzo podoba mi się też możliwość „odwrócenia” samych nauszników, dzięki czemu, gdy ma się je na szyi, to żadne elementy nie wrzynają się w obojczyki.

Nie ukrywam, że wygląd słuchawek przekonał mnie już nawet na zdjęciach. Z przyjemnością stwierdzam też, że na żywo okazały się jeszcze fajniejsze. Stylistyka przywodzi mi trochę na myśl rozwiązania z lat ’90, gdzie część kabli puszczało się na zewnątrz urządzenia, niektóre elementy do siebie nie pasowały i w rezultacie wszystko wyglądało jak Transformersy. To jest oczywiście kwestia osobistych preferencji – mi jednak wygląd bardzo przypadł do gustu.

Podobnie jak Transformersy zresztą słuchawki dają się elegancko poskładać.

Ergonomia to osobna sprawa. To są moje pierwsze słuchawki nie-pchełki w ogóle, więc w pierwszej chwili czułem się dziwnie mając na głowie jakiś kawał okablowanego plastiku. Trochę czasu zajęło mi też znalezienie odpowiedniego ustawienia rozstawu słuchawek oraz punktu oparcia na samej głowie. Po kilku miesiącach natomiast nadal mam wrażenie, że mnie strasznie grzeją w uszy. Krótko mówiąc, cały czas mam poczucie inności. Z drugiej strony: w słuchawkach zewnętrznych wygląda się fajnie. Nie wiem, na czym to polega. Być może to efekt uwarunkowania popkulturowym obrazem lansowanym w latach ’90. Faktem pozostaje, że po ich założeniu poczułem się so totally rad.

MC mają panel sterowania na prawej słuchawce: play/pause, głośność plus i minus oraz przewiń w tył i w przód. Ten pierwszy to kawał wielkiego guzika, dzięki czemu łatwo w niego trafić. Trochę czasu mi zajęło przyzwyczajenie się do tych pozostałych – i w zasadzie nawet nie wiem, czemu idzie to tak opornie. Natomiast zdarzyło mi się o tym czytać w innych recenzjach, że w klawiszologii sprzętu można się pogubić. Warto też nadmienić, że, o ile mi wiadomo, nie ma odpowiednika dla osób leworęcznych – chociaż nie sądzę, żeby to był szczególny problem, ponieważ w jednych słuchawkach bezprzewodowych panel kontrolny miałem z lewej i w ogóle mi to nie przeszkadzało.

Okablowanie puszczone na zewnątrz.

Osobny akapit trzeba poświęcić na problem parowania słuchawek, ponieważ jest to drzazga w końcowym elemencie układu wydalniczego. MC parowałem z kilkoma różnymi urządzeniami i wszędzie były problemy. Z telefonem poszło nawet nieźle, chociaż czasem muszę się naczekać, zanim sprzęty się rozpoznają. Komputer stacjonarny z nadajnikiem BT podpiętym do USB przeważnie rozpoznaje MC, ale trzeba mu wskazać, jaką funkcję ma w danym momencie włączyć (zestaw słuchawkowy czy zlew audio). Natomiast to, co się dzieje na laptopie (Alienware m15x) po prostu woła o pomstę do nieba. Praktycznie nigdy się nie zdarza, żeby urządzenia wykryły się od razu. Z reguły trzeba wejść do menu Bluetooth i palcem pokazać, czego ma szukać. Jeśli się wykryją, to bardzo często po prostu w słuchawkach nie ma dźwięku i nie mam pojęcia dlaczego. Regularnie a zaraz po sparowaniu słuchawki się zawieszają i to w wyjątkowo wredny sposób, ponieważ nie można ich normalnie wyłączyć tylko trzeba wcisnąć kabelek audio, który automatycznie gasi funkcję BT. Nierzadko też słuchawki po prostu gubią łączność i ni z tego ni z owego przestają pracować i nie chcą połączyć się ponownie. Co ważne, nie jest to kwestia wyłącznie Alienware’a – mam inne słuchawki bezprzewodowe i te łączą się z nim automatycznie i od razu a potem zawsze pracują stabilnie. Niestety, o ile wiem, to po prostu nieprzewidywalnie sflaczała uroda technologii BT. Z drugiej strony a jeśli uda się już wszystko sparować, latencja przesyłu dźwięku okazuje się niedostrzegalna. Doświadczymy oczywiście okazjonalnych spadków, ale będą one wybitnie okazjonalne.

Za to woreczek jest milusi w dotyku i jego głaskanie łagodzi napięcie.

O różnych słabostkach technologii BT wiedziałem zawczasu, więc do MC bardzo przekonał mnie fakt dopuszczenia pracy na tradycyjnym kablu. Niestety, kabel dołączony do zestawu ma jakiś problem egzystencjalny i nie styka na żadnym z urządzeń, które sprawdzałem. Być może podmianka na jakiś inny rozwiązałaby problem, ale nie chce mi się tego sprawdzać – tym bardziej, że to miało być rozwiązanie zupełnie awaryjne a nie domyślne. Doceniam jednak inżynieryjną zaradność producentów MC i już samą możliwość podpięcia kabla traktuję jako dużą zaletę – a sam obiecuję sobie sprawdzić to rozwiązanie prędzej czy później.

Z przyjemnością za to stwierdzam, że bateria MC daje radę. Nie policzyłem dokładnie, ile można ujechać na jednym ładowaniu słuchawek, ale z pewnością wystarcza to na cały dzień pracy. Pełne naładowanie natomiast zajmuje jakieś 2-3 godziny – przy czym producent nie dostarcza adaptera USB-gniazdko z prądem, więc ten luksus trzeba zapewnić sobie samodzielnie.

Za to na uszach leżą bardzo dobrze.

No i wreszcie podstawowa sprawa: dźwięk. Z jego jakości jestem bardzo zadowolony, ale też jestem świadom, że mnie bardzo łatwo zadowolić. Dźwięk jest trochę przymulony z bardzo mocnym basem, co mi samemu jednak bardzo odpowiada, o czym pisałem już przy okazji recenzji innych słuchawek cechujących się podobnymi właściwościami audialnymi. Co więcej, do dyspozycji mamy specjalną aplikację na Androida, umożliwiającą monitorowanie stanu baterii oraz wybór schematu equalizera. Nie ma co prawda możliwości samodzielnego dostosowania ustawień – aplikacja przewiduje jednak kilka klasycznych rozwiązań, spośród których urzekło mnie jak zwykle to, gdzie bas szczególnie namiętnie łechce w podbrzusze (no, dobra – urzekła mnie ikonka gamepad’a).

Punkt oparcia na głowie.

Podsumowując, przed ewentualnym zakupem zdecydowanie polecam przetestować możliwości parowania słuchawek z konkretnym sprzętem, bo w moim odczuciu jest to w zasadzie jedyny ich poważny problem – jeśli wziąć pod uwagę, ile nerwów kosztowało mnie każdorazowe synchronizowanie z laptopem, to prawdopodobnie sam bym się zastanowił przed ich kupnem. Z drugiej jednak strony, w przypadku tych sprzętów, z którymi słuchawki parują się względnie normalnie, jest znakomicie – i w takich sytuacjach zdecydowanie polecam.

Reklamy

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s