GalShell: Blood Red Skies wiem już od co najmniej roku, bo akurat tyle gra leżała odłogiem na twardym dysku: to (1) bezlitosny danmaku o (2) niesamowitym, totalnie pokręconym klimacie. Dlaczego więc gra mająca dwie cechy, które bardzo lubię, tak długo tkwiła w swoistym bardo? (Przy okazji zaznaczam, że cycki w tytule wpisu były tylko dla przyciągnięcia uwagi, dziękuję.)

Tak właśnie wygląda tkwienie w bardo. Tutaj: główny męski bohater G:BRS.

Nadal nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Faktem jednak pozostaje, że gdy pewnej soboty poczułem cug, by załoić w jakiegoś oldskulowego shmupa a nie miałem ochoty na przekomarzanie się z figlarnym emulatorem PS1, od razu pomyślałem sobie o G właśnie. A gdy tylko zawędrowałem do odpowiedniego katalogu, to ze zdumieniem zauważyłem, iż stanowi całą serię a trzy jej odsłony spokojnie czekają na ogranie. Na pierwszy ogień poszła więc tytułowa G:BRS (i nie, w tytule nie ma ani słowa o cyckach).

Ekrany powitalny bezbłędnie streszcza samą grę: Giger, anime, perwersja, transgresja i cycki – a wszystko to na planie serduszka, bo w estetyce G można się bez pamięci zakochać. Mi w każdym razie kopara zjechała na parter i została tam już przez resztę owej pamiętnej soboty, która w całości zeszła na imersję w tym dziwnym świecie. Pozostałym odsłonom będą poświęcone osobne wpisy, teraz natomiast pozwolę sobie wyeksponować to, co mi się tutaj najbardziej spodobało (poza cyckami).

Po pierwsze więc, znam niewiele przekonujących shmup’ów na PC a z lekkim wstydem przyznaję, że w klasyki (takie jak Tyrian czy Raptor) do tej pory nie grałem, jakkolwiek od lat sobie powtarzam, że wreszcie ogarnę temat. G ma więc zasadniczo niewielką konkurencję, ponieważ shmupy to domena konsol raczej niż blaszaków. Już z tego powodu obok G trudno przejść obojętnie (i to wcale nie ze względu na cycki).

Po drugie, estetyka gry jak i całej serii jest po prostu niesamowita. Inspiracje twórczością Gigera są widoczne na każdym kroku: dziwaczne fuzje zaawansowanej elektroniki i żywej tkanki, amorficzne masy zbudowane na bazie jakichś nieprawdopodobnych symbioz i wszędobylskie elementy owadziego ciała funkcjonujące mimo swojego rozkawałkowania. Nie sposób również nie dostrzec fascynacji krypnym anime lat ’80, pokroju sceny mutacji Akiry czy lokatorów zamku Drakuli w Vampire Hunter D. Z lekką przekorą muszę stwierdzić, że trochę szkoda, że tak niesamowita grafika trochę się marnuje w shmupie, w którym wszelkie obiekty spostrzega się tylko w kategoriach zestrzelić – ominąć – zebrać. No, co jakiś czas wzrok się fiksuje na cyckach, ale to tyle.

Ponoć jak się urodziłem, to wyglądałem dość podobnie.

Po trzecie, nasze awatary to istoty z tego właśnie estetyczno-ideowego uniwersum. Co prawda cała backstory zapodana jest po japońsku, więc skumałem tylko tyle, że 20 (sic!), natomiast z obrazków wywnioskowałem, że nasi bohaterowie stanowią coś w rodzaju cyber-bio-fuzji: same ich korpusy są pozszywane i przyłączone do większych organizmów przywodzących na myśl zmutowane, gigantyczne chrabąszcze wyposażone w działa laserowe. Wiem, że to brzmi cokolwiek zabawnie, ale sam widok jest ciarkopędny (nie dotyczy cycków).

Główna żeńska bohaterka. Przynajmniej pasów bezpieczeństwa nie potrzebuje.

Po czwarte, do niesamowitości gry przyczynia się również jej skrajnie absurdalny poziom trudności. Przez większość czasu cały ekran zakryty jest pociskami wystrzelonymi przez wrogie obiekty a poruszanie się między nimi przypomina nieco chodzenie na palcach nocą po domu, w którym wszystko skrzypi z nadzieją, że się nikogo nie obudzi (czyt. nie ma szans). Nawet jeśli ustawić sobie poziom „easy” i poświęcić kilka godzin na ogrywanie w kółko tych samych etapów, to i tak wciąż można liczyć na tęgie baty, prosto na klatę. Albo na cycki.

Po piąte, muzyka to fantastyczny przykład finezyjnego a drapieżnego midi-metalu i kolejny dowód na to, że nie trzeba wcale super-profesjonalnego studia, żeby zrobić ścieżkę dźwiękową, przy której chce się nieść pożogę i zniszczenie wśród narodów wszechświata. Kawałki są bardzo dynamiczne i w przeciwieństwie do klimatu gry – bardzo mainstreamowe: to muzyka, która mogłaby polecieć w radiu. Tym bardziej więc chyba przyczynia się do wyeksponowania dziwaczności G:BRS. I nie, w tym akapicie ani słowa o cyckach.

Jest gęsto, ale nie oszukujmy się – to dopiero przedsionek shmup’owego piekła. Są gry, gdzie jest znacznie trudniej.

Ten wpis pozwolę sobie zakończyć krótkim klipem, który nagrałem na okoliczność konfrontacji z finałowym bossem. Takim z cyckami. I parę nierządnic też poleciało, zwłaszcza w drugiej połowie filmu.

PS1 Niniejszy wpis powstał z myślą o użytkowniku @rysiekzklanu jako realizacja jego dezyderaty za aktywność komentatorską w roku 2016. Piona!

PS2 Nadmienię jeszcze, że na tę okoliczność i poniekąd z inspiracji klasycznym dziełem Jana Kochanowskiego ułożyłem (nie)stosowną fraszkę.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Giger, anime i cycki czyli GalShell: Blood Red Skies

  1. Nie wierzę, pamietałeś! :D:D:D muszę przyznać ,że ująłeś mnie tym za…….. serce! :D

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s