Granie w gry video czy obsługa sprzętu do grania w ogóle nierzadko wiąże się z przeżywaniem bardzo silnych emocji. I o ile jeszcze podczas gry z żywym przeciwnikiem części z tych emocji można dać jakiś społecznie akceptowalny upust, tegoż przeciwnika koleżeńsko besztając, to w przypadku rywalizacji z tzw. sztuczną inteligencją sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dochodzi tutaj bowiem do swoistej dyfuzji odpowiedzialności i ostatecznie nie wiadomo, kto właśnie nas poniżył: programista, program czy interfejs. Skoro więc nie ma komu dać w ryj za naszą porażkę, to najczęściej bęcki dostaje sprzęt.

Ze wstydem i zmieszaniem przyznaję, że sam w ciągu swojego życiorysu co najmniej kilka kilogramów elektroniki odesłałem do hardware’owego nieba. Były to przede wszystkim klawiatury oraz myszy a co ciekawe – nigdy dżojstiki ani gamepady. I o ile nie jest to jakoś szczególnie dużo, to w tej cybernetycznej masie znajduje się co najmniej jedna sztuka sprzętu, która dzisiaj miałaby zapewne status eksponatu muzealnego a którą ostatecznie skasowałem jako z lekka podenerwowany ośmiolatek. Na szczęście mój drugi największy skarb się uchował…

Game&Watch: Helmet – wyprodukowana przez Nintendo w 1981, jest ze mną praktycznie odkąd pamiętam a przeszła niejedno: przerwy w podstawówce, noszenie w tylnej kieszeni spodni oraz upadki na beton. I gotów jestem się założyć, że wciąż działa, mimo że nie chce mi się iść po baterie do sklepu.

Scenariusz każdego z tych wydarzeń był, o ile się orientuję, dość klasyczny. Porażka w obsłudze, antropomorfizacja z gruntu bezdusznego sprzętu, krwistoczerwona mgiełka, retaliacja – a kiedy orientowałem się, gdzie jestem i co robię, z reguły byłem o jakiś element hardware’u w plecy a o jedno wgniecenie na podłodze więcej. Przyczyny natomiast bywały bardzo różne: od mojej własnej nieudolności manualnej poprzez faktycznie wątpliwą jakość określonego sprzętu aż po deweloperskie tudzież inżynieryjne perwersje. Co zatem można zrobić, by uchronić swój cyfrowy inwentarz przed widowiskową anihilacją a siebie samego przed kacem moralnym?

P1020795
C-64, którego kiedyś znalazłem, gdy sobie ot tak leżał w trawie bez należytego pogrzebu. I pomyśleć, że w 1990 kosztował majątek…

Opcja pierwsza
Jeśli sprzęt jest krnąbrny a my już zwyczajnie nie mamy siły na poszukiwanie rozwiązań, to możemy go najzwyczajniej w świecie opchnąć i tym samym oddalić od siebie źródło dystresu. Co więcej, zawsze przecież znajdzie się ktoś, komu to urządzenie dostarczy przynajmniej trochę radości i przynajmniej jakiegoś czasu użytkowania. Wiadomo co prawda, że nigdy nie dostaniemy za niego tyle, ile sami zapłaciliśmy – ale dostać niewiele sprzedając sprzęt a nie dostać tego samego rozbijając go o podłogę to już całkiem poważna sumka. W najgorszym razie można oddać komuś na części – i dostać wypłatę w punktach szczodrobliwości.

Kto to wie? Może akurat komuś przyda się pilot bluetooth, smutna pozostałość po zestawie słuchawkowym, który dokonał żywota zderzając się z panelami podłogowymi.

Opcja druga
Zanim jednak żwawo popędzimy na alledrogo, warto sprawdzić, czy rzeczony sprzęt nie jest np. na gwarancji. Jeśli faktycznie jego nieposłuszeństwo wzrosło znacząco, to istnieje jakaś szansa, że producent uzna zasadność naszych żali i wymieni towar na nowy. Nowy natomiast może być znacznie bardziej współpracujący – albo przynajmniej atrakcyjniejszy do sprzedania. W obu wypadkach jest to lepsze ekonomicznie rozwiązanie niż destrukcja.

Opcja trzecia
Warto również cały czas pamiętać o tym, że gniew jest naturalną reakcją organizmu na frustrujące środowisko polegającą na intensywnej mobilizacji posiadanych zasobów poznawczo-ekspresyjno-wykonawczych. Krótko mówiąc, każdą porażkę w kontaktach ze sprzętem elektronicznym można wykorzystać jako źródło energii zdatnej do inwestycji w jakiś szczytny cel. Gdybym ja sam za każdym razem, gdy się złoszczę na komputer, poszedł pobiegać, popływać lub odkurzyć mieszkanie, to w ten sposób odratowałbym co najmniej kilka przedmiotów. A i moje otoczenie wyglądałoby mniej źle.

Zresztą, po dwudziestym kilometrze robi się tak jakoś spokojniej…

Opcja czwarta
Jakkolwiek gniew to poważna sprawa, to jednak spojrzenie na siebie z nieco innej perspektywy potrafi rozładować atmosferę. Szczęśliwie internet pęka w szwach od nagrań ludzi, których elektronika doprowadziła do szewskiej pasji. I czasem, kiedy sam jestem bliski szaleństwa, automatycznie przypominam sobie jednego z moich faworytów. Pomaga mi szybko i skutecznie, zwłaszcza gdy wyobrażę sobie, że to przecież (prawie) ja sam.

Ich will Unreal Tournament spielen!!!

Opcja piąta
W ostateczności po prostu weź i zbluzgaj sprzęt. Nie jestem pewien, jak urządzenia elektroniczne znoszą bycie wyzywanym od bezmózgich pomywaczy świńskich koryt, ale jestem pewien, że znacznie lepiej niż nagłe i gwałtowne zderzenia z podłożem. O czym informuję w głębokim żalu po odejściu w niebyt mojego poprzedniego telefonu.

Uczcijmy jego pamięć minutą ciszy. I cieszmy się, że nie był to np. IPhone 6.
Reklamy

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s