Historię opowiedzianą w gotyckiej powieści Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a znają chyba wszyscy, nawet jeśli nie czytali samej książki. Ja sam dotarłem do niej dopiero po osiągnięciu pełnoletniości i w ramach poszerzonych poszukiwań źródeł popkulturowych motywów, na których sam się wychowałem. O nienaturalnej przypadłości doktora Jekylla słyszałem bowiem wielokrotnie wcześniej przy różnych okazjach a dwie utkwiły mi w głowie szczególnie. Pierwsza to totalnie psychodeliczna wariacja z królikiem Bugsem w roli głównej i tę wspominam zdecydowanie dobrze. Druga natomiast… Hmm…

Z drugą zetknąłem się jakoś w połowie lat ’90, kiedy byłem regularnym, coweekendowym klientem zakopiańskiej wypożyczalni kartridży na NESa. Pewnej soboty więc przeglądając dostępne gry zatrzymałem się przy Dr. Jekyll and Mr. Hyde. Tytuł oczywiście już kojarzyłem i wiedziałem, że jest to powieść grozy, co w sumie mi odpowiadało, ponieważ miałem raczej dobre doświadczenia z NESowymi adaptacjami horrorów. Po kilkudziesięciu sekundach retrospekcji stwierdzam natomiast, że tych doświadczeń nie było aż tak dużo, bo w zasadzie jest to tylko Frankenstein: The Monster Returns a bardziej prawdopodobne jest to, że owej soboty po prostu większość fajnych gier była już wypożyczona.

Tak właśnie nie wyglądała okładka tamtego kartridża. A szkoda.

No i tu jest konieczny komentarz kontekstowy. Wypożyczenie danej gry w sobotę oznaczało, że był to praktycznie jedyny tytuł, w który grałem do niedzieli wieczorem. Jeśli więc trafiałem na jakąś perełkę, to oznaczało, że przez następne kilkanaście godzin siedziałem przyklejony do gamepada z oczami jak spodki od filiżanek – i to było piękne. Jeśli jednak trafiał się jakiś gniot, to oznaczało generalnie zmarnowany weekend. Z perspektywy lat stwierdzam, że przecież mogłem wtedy szlifować umiejętności w Tetrisa, ale wtedy jednak jakoś o tym nie pomyślałem. Tak czy owak, co bardziej uważni Czytelnicy już się zapewne domyślają po hasztagach niniejszego postu, że ów weekend, kiedy wróciłem do domu z DJAMR był jednym z kiepściejszych. Czy mają rację? Otóż nie mają.

Bandai?! Nintendo?! Dlaczego to zrobiliście?!

Nie mają, ponieważ DJAMR to jedna z największych abominacji, w jakie kiedykolwiek grałem. Tym samym powiedzieć, że gra schrzaniła mi weekend to jak stwierdzić, że hiszpańscy konkwistadorzy z lekka tylko nadwyrężyli gościnność Azteków i zepsuli im plany na resztę niedzieli. Analogicznie, DJAMR zepsuło mi nie tylko owe kilkanaście godzin uświęconą tradycją zarezerwowane na gry video, ale również prześladowało przez następne lata jako jedna z tych gier, których nigdy nie skończyłem.

To chyba jedyny fajny moment gry, ponieważ wzbudza skojarzenia z serią Castlevania.

W telegraficznym skrócie: DJAMR to na pierwszy rzut oka zwykła platformówka praktycznie pozbawiona jakiejkolwiek backstory. Z otwierającej nieinteraktywnej animacji wywnioskować można tylko tyle, że dr Jekyll wychodzi dokądś ze swojego laboratorium. A co dzieje się potem? Otóż ów wielki uczony idzie w prawo przez angielską wieś. Oczywiście nic nie mam do angielskich wsi, ale, co ważne dla samego klimatu, akcja książki działa się w dziewiętnastowiecznym Londynie, goddamnit!

No, powiedzmy jednak, że jeśli trochę włączyć wyobraźnię, to można sobie skutecznie wmówić, że są to dalekie przedmieścia. Ostatecznie bowiem na trasie spacerowej dr. Jekylla pojawiają się niezwykle elegancko ubrane postacie, których naturalnym habitatem musi być oczywiście jakieś większe miasto. Co jednak totalnie kontrintuitywne, damy i dżentelmeni stanowią zagrożenie dla naszego protagonisty, który musi więc ich omijać. A że do dyspozycji mamy tylko dwa wymiary, jedynym sposobem uniknięcia kontaktu jest przeskoczenie ponad nimi.

Dr Jekyll ma laskę, ale nie służy ona do niczego. Mimo że z daleka można ją jeszcze wziąć za szpadę.

No, dobra. Może to po prostu brytyjska kultura daje o sobie znać. Unikamy kontaktu wzrokowego, rozmawiamy o pogodzie, nie emocjonujemy się za bardzo i trzymamy dystans. Ale z drugiej strony sterowanie w tej grze jest tak bardzo toporne, że nawet teraz, po ponad dwudziestu latach musiałem się wspomóc rynsztokowym dykcjonariuszem, żeby dać upust negatywnym emocjom wzbudzonym totalnie zepsutą mechaniką  gry.

Tak. Tak właśnie się czułem grając w tę potworność. Swoją drogą ten obraz jest niezwykle gęsty symbolicznie.

Spokojnie, pomyślałem sobie. Dojdę chociaż do drugiego etapu, może tam się cokolwiek zmieni. I rzeczywiście: do atakujących mnie postaci dołączyły cierpiące na wściekliznę koty, nadpobudliwe psy oraz ptaki będące w stanie wygenerować ilość masy kloacznej przeczącej ich anatomicznej strukturze. Nie żebym był jakoś szczególnie wymagający jeśli chodzi o bestiariusz, ale do diabła – defekujące się ptaszyska to już przegięcie i jawne naruszenie zasady tematycznego decorum.

A na początku etapu miałem jeszcze nadzieję, że będzie to Elegia napisana na wiejskim cmentarzu.

A gdzie w tym wszystkim pan Hyde? Otóż, gdy wielki uczony zostanie narażony na zbyt stresującą sytuację, tj. przyjmie zbyt wiele obrażeń, pada na kolana i chyba traci przytomność. Tak po prawdzie nie jestem w stanie wywnioskować z samej gry, co się z nim dzieje, ponieważ wszystkie okoliczności ulegają zmianie: naszym awatarem staje się przyciężkawa, sunąca w lewo pokraka. I o ile granie dr. Jekyllem było mordęgą, tak sterowanie panem Hyde’em to porażka do sześcianu. Ekran przesuwa się w sposób znany z tradycyjnych shmupów, co jest po pierwsze bez sensu a po drugie zdecydowanie utrudnia i tak oporne sterowanie.

Nawet awatara trafia szlag w tych okolicznościach.

Jakby tego było mało naszymi wrogami stają się bardzo żwawe mózgonogi, fruwające miny morskie oraz uzbrojone w topory karły. W przeciwieństwie do dr. Jekylla, który potrafi tylko pomachać laską (ale tylko sobie a muzom), pan Hyde potrafi się bronić rozdawanymi na prawo i lewo cepami przyciężkawych pięści. Co z tego jednak, skoro trafienie któregokolwiek przeciwnika graniczy z cudem. Myliłby się też, kto twierdzi, że prościej już będzie wziąć przykład z pierwszej części gry i po prostu unikać kolizji: przeciwnicy poruszają się po prostu zbyt szybko i zbyt nieprzewidywalnie, by właściwie zareagować.

Już po fakcie zdałem sobie sprawę, że wybrałem bodaj najmniej absurdalnego przeciwnika pana Hyde’a. Nie ma jednak mowy o tym, żebym jeszcze raz uruchomił emulator i upolował zrzut z bardziej reprezentatywnym wrogiem.

Mógłbym tak jeszcze długo, barwnie i potoczyście womitować na DJAMR. I nawet nie chodzi tutaj o kiepską grafikę czy bardzo prymitywną oprawę dźwiękową, bo to są przecież sprawy drugorzędne. Ta produkcja stanowi po prostu idealne ucieleśnienie koszmaru gracza: wrzuć kogoś do świata gry nie dając żadnych informacji kontekstowych, zaprogramuj sterowanie w taki sposób, by awatar poruszał się jak mucha w smole a całość uzupełnij potężną liczbą wrogów mających do tego przewagę jakościową. Jak buka kocham, w tej grze nawet ptasie łajno ma większe szanse na przetrwanie niż dr Jekyll.

O takim grabarzu już nawet nie wspominam. Ten to ma klawe życie!

Najstraszniejsze jest chyba jednak to, że ta gra ma niesamowity potencjał do rycia psychiki młodego, wrażliwego człowieka, ponieważ zbyt wiele elementów wydaje się odsyłać do „czegoś więcej”. No, bo spójrzmy: dr Jekyll idzie w prawo a pan Hyde – w lewo. Oczywistą konkluzją jest, że powinni się spotkać w którymś momencie. I co wtedy? Będzie jungowskie coincidentia oppositorum? Asymilacja Cienia? Nie – skądinąd wiem, że gra kończy się ślubem dr. Jekylla (biedna małżonka, pewnie o niczym nie wie), ale przez lata męczyło mnie to, co mogłoby się stać, gdyby protagoniści się spotkali.

Znacząca jest również radykalna zmiana scenerii. To prowadzi do oczywistego pytania, czy to nie jest tak, że tylko któraś z tych wizji jest tak naprawdę prawdziwa a druga to tylko złudzenie. A jeśli tak jest, to może się przecież okazać, że to przerażający świat pana Hyde’a jest tym prawdziwym a wtedy już do końca życia nie można pójść spać, bo będzie jak w tym innym horrorze z lat ’90, na podstawie którego również powstała bardzo beznadziejna gra.

Przestań, już nie mogę!

Nie, stop. Już dawno przekroczyłem limit znaków, którego trzymam się na GO!KSR i nie napiszę już ani słowa więcej. Mam tylko nadzieję, że deweloperzy trafią do piekła, gdzie przez wieczność będą musieli grać w DJAMR, ramię w ramię z duszyczkami odpowiedzialnymi za PeCetową wersję Prawa krwi oraz Sento.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Dr. Jekyll and Mr. Hyde (NES) czyli całe szczęście, że R.L. Stevenson tego nie widzi

  1. Uroczy wpis, dobrze jest czasem sobie ponarzekać, ahaha… Mimo żywego zainteresowania powieścią gotycką, tytuł powyższy znam na razie również tylko z szeroko rozumianej popkultury… Jawi mi się jednak jako fascynująca lektura, której prędzej czy później się podejmę.. więc tymbardziej zasmuca fakt, iż ktoś popełnił taką abominacje… może muzyka chociaż fajna była? :D

  2. W moim odczuciu książka jest przereklamowana – a uważam tak chociażby dlatego, że w tym momencie nie pamiętam z niej absolutnie nic oprócz tego, że cechował ją z lekka pompatyczny język (co akurat mi się podobało). Fenomen potężnego oddziaływania tej powieści jest jednak faktem, więc pewnie jeszcze raz do niej zajrzę.
    A w odpowiedzi na Twoje pytanie: muzyka również była do d*py ;D

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s