Do samochodówek mam generalnie mieszane odczucia. Tych realistycznych nie cierpię, bo co to za frajda zmieniać biegi i borykać się z grawitacją – a dobrze że jeszcze nie z korkami na ulicy. Tych zwyczajnie wyścigowych po prostu nie lubię i to pewnie dlatego, że albo nie umiem w nie grać albo się przy nich nudzę. Za to te samochodówki, w których można sobie nawzajem robić efektownie krzywdę po prostu uwielbiam. Jedną z nich jest właśnie Burnout Dominator.

To jedna z tych gier, gdzie 90 na godzinę w ogóle się nie czuje.

Niniejszy tytuł to któraś-już-z-rzędu odsłona mającej ponad 15 lat serii totalnie odrealnionych wyścigówek. To, co łączy wszystkie odsłony to skrajne zignorowanie problemu bezpieczeństwa na drogach i nacisk na niezwykle wierne odzwierciedlenie zachowania pojazdu podczas wypadku. Wgnieciona blacha, pęknięte szyby, odpadające drzwi – wszystko zostało tutaj uwzględnione.

Jako wychowanek Matchboxów mogę tylko dodać, że jest coś do cna optymistycznego w DO. Bez względu na to, jak bardzo uszkodzimy autko, to i tak dostaniemy zaraz nowiutkie.

Ale żeby było jasne – konsekwencje tych ostatnich są żadne. Masz karkołomne dachowanie? To nic, po sekundzie jesteś z powrotem na drodze. Auto eksplodowało? Żadne problem, zaraz zostanie wskrzeszone – i nawet śladu draśnięcia na lakierze nie będzie. BD stawia więc na ciągłą i nieprzerwaną jazdę zupełnie się nie przejmując takimi bzdurami jak zderzenie czołowe z tirem lub eksplozja baku z benzyną.

Tak się błyszczy. Jak się dobrze przyjrzeć, to można zauważyć odbicie kamerzysty na karoserii.

Gra oferuje różne tryby rozgrywki do wyboru. Mamy więc zwykłe rajdy, w których wygrywa ten, kto pierwszy przekroczy linię mety, ale mamy też takie, w których co kilkadziesiąt sekund odpada zawodnik zajmujący ostatnie miejsce. Mamy również etapy, gdzie trzeba nazbierać jak najwięcej punktów za bardzo szybkie robienie bardzo lekkomyślnych rzeczy. Właściwie to te ostatnie musimy robić w zasadzie bez przerwy i w każdych okolicznościach.

W tłumaczeniu na frazeologię GO!KSR: weź i zrób bydło.

BD nagradza wszystko to, za co w tzw. realu można byłoby nie tylko dostać mandat, ale również i sosnową jesionkę. Jazda pod prąd, wymijanie aut w ostatniej chwili, drifting – za każdy z tych trików dostajemy punkty, które z kolei ładują nam dopalacz. A gdy lecimy na w pełni naładowanym dopalaczu robiąc równocześnie popisy na szosie, dostajemy jeszcze więcej punktów. W efekcie robi się sprzężenie zwrotne dodatnie, cyferki lecą jak szalone a po kilkudziesięciu minutach takiego grania ręce drętwieją zupełnie.

Czuję niemoc, ponieważ nie jestem w stanie zrzutem ekranu oddać dynamiki tego, co dzieje się na ekranie. Potraktujmy to zdjęcie symbolicznie i wyobraźmy sobie, że tam dzieje się Dużo.

To natomiast, co mnie urzekło najbardziej to oczywiście aspekt bojowy BD. Silnik gry rozpoznaje różne rodzaje mechanicznego bólu, jakie możemy zadać przeciwnikom: od figlarnego zdrapywania lakieru delikatnymi szturchnięciami, przez chropawe mielenie wrażym autem o beton aż po takedown czyli doprowadzenie do twardej stłuczki za co dostajemy pełen bak dopalacza i przyjemność obejrzenia wypadku w slo-mo.

Dopiero drugi pod rząd, ale to wystarczy, żeby adrenalina skoczyła wraz z dopalaczem.

Gdy z kolei sami stajemy się ofiarą cudzych popędów tanatycznych, mamy możliwość pokierowania trajektorią lotu wraku naszego bolidu oraz zdetonowania go w taki sposób, by zadać jak najwięcej bólu pozostałym rajdowcom. To się nazywa zemsta zza grobu!

Niniejsza fotografia prezentuje unikalny model samochodu z dwoma świecącymi czułkami przyczepionymi do dachu.

 

Reklamy

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s