Robiąc przegląd dotychczas wygenerowanej zawartości GO!KSR, zorientowałem się, że, o zgrozo, jak do tej pory nie poświęciłem jeszcze ani jednego wpisu żadnemu z przedstawicieli absolutnie klasycznej serii Street Fighter. O ile bowiem z różnych względów bliższe memu serduszku i kręgosłupowi jest uniwersum Mortal Kombat, to jednak właśnie SF poznałem jako pierwszą „dużą” bijatykę. A wszystko zaczęło się jakoś latem ’93 r., kiedy to w lokalnej wypożyczalni gier video na NESa udało mi się trafić na Street Fighter II: World Warrior, dzięki czemu moja średnia ocen w szkole uległa zasadniczemu obniżeniu przez dst z matematyki, którego już nie miałem czasu poprawić. Ale po kolei…

Czołówka SFII stanowiąca przykład porażki w kwestii współpracy zespołu deweloperów: żaden z zawodników nie występuje w grze. Tło również.
Czołówka SFII:WW stanowiąca przykład porażki w kwestii współpracy zespołu deweloperów: ani tło ani żaden z dwóch zawodników nie występują w grze. Za to ten z lewej, w czarnych okularach i brązowej koszuli to chyba Jackie Chan.

SFII:WW dzisiaj wzbudziłoby moje podejrzenia. Po pierwsze, gra miała tylko cztery postacie do wyboru plus ostateczny boss, Vega – czyli M. Bison. O samej serii przeczytałem po raz pierwszy jakieś pół roku później, więc powiedzmy, że szczegółów obsady osobowej mogłem jeszcze nie znać. Po drugie, ilość tekstu była zredukowana do minimum: tytuł, postacie, energia i tyle. Żadnych dialogów, same obrazki i mnóstwo miejsca na własne projekcje. Po trzecie wreszcie, poziom trudności był wręcz potworny do granic absurdu, co wiązało się po części z tym, że wszelkie instrukcje dotyczące sterowania wydrukowane na kartridżu były po japońsku. Sama gra natomiast wydała mi się wtedy trochę nudna: byłem przyzwyczajony do nawalanek chodzonych pokroju takich absolutnych klasyków serii ośmiobitowego zadawania bólu jak Double Dragon czy Battletoads. SF doceniłem chyba dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy zagrałem w trybie na dwóch graczy z żywym przeciwnikiem (Sebastian L., jeśli to czytasz – brofist!).

Wtedy wszyscy się śmiali z ich fryzur. O ile jednak guido-Guile jest dzisiaj trochę passe, to lumberjack Zangiefa wciąż święci tryumfy.

W jakieś kilka miesięcy po pierwszej wymianie piąch w SFII:WW wypatrzyłem w rzeczonej wypożyczalni Street Fighter III – kartridż miał bardzo kolorową okładkę z dwiema anime-postaciami  w srogich pozach bojowych, co dzisiaj również wydałoby mi się bardzo przekonujące. Generalnie i w porównaniu do SFII:WW ten odcinek był znacznie bardziej zaawansowany. Tekstu było już znacznie więcej a przeciwnicy wymieniali (nie)grzeczności po każdym starciu. Do tego doszła możliwość dziesięciostopniowego regulowania poziomu trudności: od bardzo trudnego do tak-trudnego-że-w-ogóle-to-idź-się-od-razu-zabij.

Czy to Vega czy nie Vega czasem trzeba dać się sklepać.
Czy to Vega czy nie Vega
czasem trzeba dać się sklepać.

Wreszcie zasób postaci powiększył się znacząco i przy tej okoliczności poznałem Bisona i Vegę, którzy na długo pozostali moimi faworytami jeśli chodzi o serię SF a przestali nimi być dopiero po latach. Z Bisonem pożegnałem się, gdy tylko zorientowałem się, że to trochę nie fair bić się z mniejszymi przeciwnikami (a jeszcze gorzej dostawać od nich tęgie bęcki zgrywając przedtem takiego badassa). Z Vegą natomiast pomachaliśmy sobie kolcami, gdy tylko okazało się, że jego głos zupełnie nie pasuje do odgrywanej roli narcystycznego lowelasa. I o ile Bisona już mi nie żal, to ciągle liczę na to, że w którejś z następnych odsłon Vega dostanie bardziej adekwatny wokal.

Flash-kick Guile’a na zawsze pozostanie dla mnie ciosem księżyca, bo tak go ochrzciłem na początku. Gościnnie występują też gluteus maximus oraz adductor magnus Chun-Li.

Każda z tych gier ma wszystkie znamiona solidnej produkcji, za którą musiał stać sztab programistów, grafików i muzyków. Postacie są starannie narysowane i płynnie animowane, muzyka rześka a sama wymiana ciosów diabelnie dynamiczna. Osobna kwestia to sterowanie. NESowe kontrolery działają w oparciu o D-pady i tylko dwa przyciski fire – mimo tych ograniczonych możliwości, programistom udało się wycisnąć z nich chyba wszystko, bo opanowanie podstawowych ruchów przychodzi bardzo łatwo: krótkie naciśnięcie to LP albo LK a długie – HP albo HK. W rezultacie specjale wchodzą jak złoto i to nawet te, które wymagają kręcenia kółek i półkoli na kwadratowych w gruncie rzeczy krzyżakach. 

Bison założył maskujący mundur i myśli, że uniknie trafienia hadoukenem Ryu.
Bison założył maskujący mundur i myśli, że uniknie trafienia hadoukenem Ryu.

Dlatego tym większe było moje zdumienie, gdy po ponad dwudziestu latach od mojego pierwszego kontaktu z serią SF na NESa, dowiedziałem się, że miała ona status nielegalnego portu! Nie było więc błogosławieństwa ze strony Capcom ani tym bardziej Nintendo a grę wyprodukowała pokątnie acz rzetelnie grupka chińskich programistów. Wiedziony moim zdumieniem pogrzebałem jeszcze trochę w internetach i ku mojej ogromnej radości, dowiedziałem się, że takich mordobić na NESa korzystających z podobnego a zatem bardzo dobrego silnika było więcej: oprócz serii Street Fighter również Mortal Kombat i Tekken – stanowiące łącznie w moim osobistym odczuciu świętą trójcę bijatyk. Takie rzeczy nie śniły się nawet filozofom!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Totalnie nielegalny Street Fighter na NESa

  1. J. Chan najwyraźniej ma brata. Jest w fioletowej koszuli pośrodku :-)

  2. Borze, faktycznie :D W takich momentach widać, że budżet na wynajęcie statystów mieli ograniczony i musieli gościa komputerowo skopiować ;D

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s