Przełom maja i czerwca to okres poniekąd szczególny. Część ludzi zdaje matury i składa papiery na studia, część zastanawia się, czemu akurat studiuje to, czego nie lubi i rozważa możliwość przebranżowienia się a część podejmuje decyzje o zrobieniu sobie rocznej przerwy w celu wyboru ścieżki życiowego rozwoju. W tych właśnie szczególnych okolicznościach przyrody przypomniała mi się bardzo stara gra Archon. Dlaczego akurat w tym momencie? Zasadnicze powody są dwa.

Archon został wydany w ’83, a kiedy ja sam zagrałem w niego po raz pierwszy latem ’91 na C-64 podpiętym do telewizora Neptun, gra miała już status starocia. W niczym jednak nie przeszkadzało jej to być jednym z highlightów spotkań towarzyskich, tak rodzinnych jak i koleżeńskich. I nie ma się czemu dziwić – Archon stanowił niezwykle miodną mieszankę planszówkowej strategii i niczym nieudziwnionej zręcznościówki.

Świat gry stanowiła quasi-szachownica, na której rozmieszczone były poszczególne figurki należące odpowiednio do armii Białej i Czarnej. Szeregi każdej z nich były zasilane przez fantastyczne postacie: od rycerzy w lśniących zbrojach i przykurczonych goblinów poprzez przerośnięte golemy i trolle aż po wpół zamanifestowane duchy i do głębi materialne smoki. Celem było oczywiście doprowadzenie do porażki armii przeciwnika poprzez totalną anihilację tejże lub na drodze kolonizacji wszystkich pięciu pól mocy rozmieszczonych na szachownicy.

Tutaj właśnie widać jedno z takich pól zaanektowane przez naczelnego maga armii Białych.

Bodaj najbardziej emocjonującą częścią rozgrywki było bicie. Po zaatakowaniu jakiejś figury przeciwnika dochodziło do zmiany zarówno perspektywy (na nieco większe pole) oraz poetyki gry (na wybitnie zręcznościową). I o ile na poziomie szachownicy celem było skonfrontowanie ze sobą odpowiednich figur, tak na poziomie pola walki chodziło o jak najrozsądniejsze wykorzystanie mocnych i słabych stron każdej z figurek w niezwykle dynamicznej potyczce, przy której można było połamać sobie dżojstiki.

Jednorożec versus goblin.

Nie mniej emocjonująco było nawet wtedy, gdy grało się samemu z komputerem. Postaci, zaklęć czy wreszcie sposobów na zwycięstwo było bowiem mnóstwo a rozgrywka potrafiła dostarczyć autentycznie niemałej satysfakcji. Minimalistyczna oprawa audiowizualna i brak jakichkolwiek dystraktorów z kolei potęgowały tylko poczucie imersji. W zasadzie więc już same te czynniki wystarczyłyby, żeby potraktować Archon jako hit. Ja jednak mam jeszcze dwa dodatkowe powody, dla których darzę tę grę ogromnym sentymentem – a oba mają swój majowo-czerwcowy posmak.

Postać na załączonej rycinie to walkiria. Do dziś mnie śmieszy, że ta walkiria taszczy ze sobą panzerfaust…

Po pierwsze, Archon jest pierwszą grą, której opis sporządziłem jakoś wiosną właśnie w połowie lat ’90 – a był to opis do cna analogowy. Całą tzw. backstory gry zmyśliłem od zera a wszystkie wydarzenia umieściłem w tajemniczym wymiarze Archon, gdzie bezustannie toczy się walka dobra ze złem, itd. Musiałem poświęcić na to chyba bardzo dużo czasu, bo rezultatem był cały stos gęsto zapisanych kartek – szczęśliwie nie pamiętam nic więcej oprócz tego, że kartki były z papieru czerpanego (kleksy robiły się jak diabli) a atrament czarny. Całą tę makulaturę upchnąłem potem w kopercie i wysłałem na adres legendarnego Top Secret, nie śmiąc nawet pomyśleć, że ktokolwiek to przeczyta. I nie pomyliłem się – jakoś wkrótce po moim wyczynie dowiedziałem się od pana w kiosku, że Top Secret zawiesił działalność. Wiki twierdzi, że stało się to z przyczyn finansowych a ja do dzisiaj mam nadzieję, że wraz z opisem jednak nie przelałem im kilku dodatkowych punktów pecha ogólnoegzystencjalnego.

O takim właśnie pechu może powiedzieć mantykora Ciemnych, która zupełnie przypadkiem wylądowała na białym polu i zaraz dostanie łomot od Jasnych.

Po drugie, od samego początku grania w Archon bardzo frapował mnie phoenix, jedna z figurek grających po stronie białych. Jego atak polegał na przemianie w kulę ognia – trudno było w ten sposób trafić przeciwnika, zwłaszcza takiego, który łoi pociskami z dystansu. Gdy już się to jednak udało, to zadawane obrażenia były naprawdę srogie. Nikt z czytających te słowa nie ma chyba większych wątpliwości co do greckiego pochodzenia nazwy tej postaci. I gdy się tak zastanowić oraz przyjąć współczesne standardy, to w zasadzie można by oczekiwać od Autorów jakiejś większej inwencji i poszperania trochę głębiej w zakurzonych mitologiach. Sam zaproponowałbym semickiego Chola albo Ziza, coby bardziej dociekliwi gracze musieli poszperać w Biblii (np. Hi 29:18) i midraszach, bo ten feniks to przecież zbyt oczywisty jest.

No, przecież z daleka już widać, że to feniks.

Wtedy jednak miałem jakieś 9 lat i żadnego pojęcia o mitornitologii (compositum „mitologia” + „ornitologia”) a ów phoenix był po prostu jakimś tajemniczym „ptakiem, który w ogień się zamienia”. W Encyklopedii PWN z lat ’50 (mam ją do dzisiaj!) tego hasła nie było a Kieszonkowy Słownik Ang.-Pol. i Pol.-Ang. (wydany nieco później a obecnie M.I.A.) również milczał w tej kwestii. Co więcej, nie miałem też wtedy kogo o to zapytać, bo jedyną spodziewaną reakcją było „a gdzie o tym przeczytałeś?”, na co musiałbym odpowiedzieć zgodnie z prawdą, że „a, w takiej grze komputerowej”, co wiązałoby się z otrzymaniem pełnego politowania spojrzenia i pouczenia, że gry to przecież bujda na resorach. No i tak przez lata żyłem z tym i innymi pytaniami o historie stojące za poszczególnymi zjawiskami oraz postaciami, które poznawałem za pośrednictwem gier video właśnie – czyli na końcu bardzo długiego łańcucha retellingu antycznych tradycji sięgających korzeniami bitej starożytności. O czym jednak wtedy wiedzieć nie mogłem.

Zresztą – która z tych postaci nie miała za sobą jakiejś mitycznej przeszłości?

Potem pojawił się internet, gdzie można było zapytać o absolutnie wszystko, więc sfera tajemnicy z lekka się skurczyła. No, a kiedy pewnego majo-czerwca półtorej dekady po pierwszym kontakcie z wyżej wymienionym feniksem dowiedziałem się, że mogę nabyć wiedzy o wszystkich tych tajemnicach, które znalazłem w grach – i zrobić to pod pretekstem studiowania – nie wahałem się długo. I tak to Archon przyczynił się do tego, że dzisiaj na przemian poluję na demony i wypatruję aniołów.

Advertisements

6 uwag do wpisu “Archon, czyli (między innymi) dlaczego zostałem religioznawcą

  1. Hm… a czy te studia faktycznie Cię usatysfakcjonowały? czy czasem miałeś ochotę je rzucić w cholerę? :D

  2. Zdecydowanie usatysfakcjonowały a w ciągu 5 lat miałem tylko kilka godzin wątpliwości – po jedynym kolokwium, które tam oblałem ;-) Przy czym trzeba wziąć poprawkę na to, że były to jeszcze te czasy, gdy kursy można było sobie wybierać samodzielnie i wedle uznania.

  3. Zazdroszczę. Ale swobodny dobór zajęć bardzo zmienia postać rzeczy :) W dobrym momencie się urodziłeś.

  4. Nie zaprzeczę – obecna epoka naznaczona rewolucją cyfrową, hermeneutyką demaskującą i powszechną dostępnością orzechów arachidowych w karmelu bardzo mi odpowiada :]

  5. Zajebisty wpis a końcówka ostatniego zdania wznosi się na wyżyny jeszcze większej zajebistości.

  6. Dzięki! ;D Myślę, że to zasługa Archon, który wzmiankowaną przez Ciebie właściwością wprost ocieka niczym typowa piła łańcuchowa posoką Zastępów Rogatego ;-)

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s