Wczoraj miała miejsce 23 rocznica wydania pierwszej części Dooma i ta szczególna okoliczność skłoniła mnie do pewnej refleksji. Otóż zadałem sobie pytanie, czy wszystkie te hordy demonów siejące zniszczenie z taką zapamiętałością w jakikolwiek sposób przygotowują się do działań taktycznych w ramach nieustającej inwazji. Odpowiedź na tę zagwozdkę znalazłem w Risen 3D, jednym z nowoczesnych portów Dooma.

Chaingun cha-cha w 3D i full HD.

Jest kilka rzeczy, które wyróżniają Risen 3D na tle innych produkcji tego typu. Po pierwsze, wszystkie sprite’y zostały tutaj zastąpione w pełni trójwymiarowymi obiektami, dzięki czemu całość wizualnie przypomina nieco pierwszą część Quake’a – i jest to zdecydowanie komplement, bo dzięki temu mogłem wreszcie zajrzeć do beczki, którą do tej pory widziałem tylko jako spłaszczony obrazek.

…choć szczególnie zaskoczony zawartością nie byłem.

Po drugie, żaden inny port Dooma nie uraczy nas tak koszmarnie skomplikowanym procesem instalacji – i to zdecydowanie komplementem nie jest. Zadanie polega bowiem na pobraniu kilkunastu pojedynczych archiwów, które trzeba zainstalować w odpowiedniej kolejności, żeby zmontować wersję absolutnie podstawową. Owszem, jestem fanem modułowej budowy i kontrolowania, które z dodatków się pobiera, by w ten sposób skonstruować swój własny setup (vide: Mugen), ale w tym wypadku jest to przegięcie kopyta Lucyferowi. Na szczęście, gdy już przebrniemy przez instalację, otwiera nam się bardzo wygodny launcher, w którym można zdefiniować parametry gry: IWADy, PWADy, pakiety dodatkowej grafiki i modeli, ścieżkę dźwiękową, itp.

Piła łańcuchowa marki Eager Beaver – trudno odmówić poczucia humoru twórcom sprzętu.

Po trzecie, demony po uzyskaniu trzeciego wymiaru zrobiły się jeszcze bardziej demoniczne. Co więcej, tekstury, którymi są pokryte odzwierciedlają teraz ich stan zużycia, dzięki czemu już na pierwszy rzut oka można ocenić, jak bardzo rześki jest dany potwór i jaki dystans dzieli go od wiecznego spokoju.

No, temu to już ewidentnie trzy ćwierci do śmierci.

No, właśnie – co robią demony, żeby mimo wszystko zachować zdrowie na ile to tylko możliwe, jeśli na co dzień oddycha się mieszanką siarki i łez potępionych? Ćwiczą, i to jeszcze jak! Weźmy takich rycerzy piekieł: doskonale zdają sobie sprawę z tego, że sama masa mięśniowa to nie wszystko i trzeba zadbać o odpowiednie rozciągnięcie, by móc zrobić z nich właściwy użytek. Dla tego poniżej nawet rany bitewne nie okazały się wymówką.

koziol rozciaga

Jak się okazało, moda na ćwiczenie ścięgien rozprzestrzeniła się bardzo szybko i daleko wśród innych misjonarzy niedobroci. Prym wśród nich wiodą chyba szkieletory, które potrafią wręcz zwinąć się w supełek bez zmrużenia powiek i z uśmiechem na twarzy. Wiecznym uśmiechem, dodałbym…

szkielet

No, ale gdy demon składa się głównie z kości i nie musi przez to męczyć ze ścięgnami, to i możliwości ma większe. Co natomiast z inkubusami, których uposażenie genetyczne było nieco bardziej hojne? Jak się okazuje, nosząc tyle dobytku można mieć trudność w gimnastyce, ale trzeba przyznać, że i oni ćwiczą chociaż skłony do przodu – na ile tylko się da do przodu.

inkubus

Całe piekło ostro ćwiczy – trudno się więc dziwić, że po tak intensywnym wysiłku zawodnicy padają krzyżem w totalnym wycieńczeniu.

Temu z lewej jeszcze rozlał się truskawkowy gainer.

 

Reklamy

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s