W ostatnim wpisie dotyczącym systemów operacyjnych zasugerowałem, że to już koniec eksperymentowania z Linuksem. Jedno traumatyczne doświadczenie to o jedno traumatyczne doświadczenie za dużo, myślałem wtedy. Infernalne inklinacje pierwszego stopnia (czyt. ciekawość) jednak ostatecznie zwyciężyły i w tzw. międzyczasie przez mojego EEE 901 przewinęły się trzy kolejne pingwiny.

Założenia

Po wcześniejszych doświadczeniach z alternatywami Windy zdałem sobie sprawę, że potrzebuję takiego systemu operacyjnego, który będzie:

  1. lekki na tyle, by udźwignął go komputer wybitnie już low-end,
  2. przyjazny w obsłudze (czyt. intuicyjny dla użytkownika produktów MicroSoft) na tyle, żebym nie musiał się zastanawiać, jak wykonać podstawowe czynności typu odczytanie zawartości pendrive’a,
  3. skomplikowany i w_trybie_tek$t0wym=ON na tyle, żebym mógł poczuć się jak badass-geek-nerd i przylansić znajomością komputerów w tzw. towarzystwie.

Wybór padł więc na odchudzone wersje bodaj najpopularniejszego pingwina: Ubuntu.

Xubuntu 14.04

Samego Ubuntu 14.04 oczywiście sprawdziłem – problem polegał na jego zasobożerności, co w przypadku EEE 901 równało się dyskwalifikacji. Bardzo spodobały mi się jednak przejrzyste menu, idea Software Center, czy też fakt, że wszystkie urządzenia na pokładzie netbooka działały mi ot, tak out of the box. Rzeczony xubuntu posiada wszystkie te cechy (+ fajowe logo), nie obciąża jednak procesora cukierkowymi efektami graficznymi okien typu szkło czy płynne animacje minimalizowania/maksymalizowania. W rezultacie zachowuje względną równowagę między lekkością, przyjaznością a nerdyzmem i kilka tygodni niezobowiązującej pracy na tym systemie upłynęło mi całkiem miło. Irytował mnie jednak dość długi boot – wciąż poniżej minuty, ale wyraźnie dłużej niż w starym (nie)dobrym Crunchbang. Do tego doszło też kilka ciężkich zawiasów w zupełnie randomowych okolicznościach, po których ostatecznie uznałem, że czas na zmiany.

Xubuntu: za samo logo go polubiłem.
Propsy za logo.

Puppy

Z tego też względu kontynuowałem szperanie, mając na uwadze szybkość i stabilność działania. Jednym z pierwszych rezultatów wyszukiwania takiego właśnie lekkiego systemu operacyjnego był Puppy. Pieseł zbiera bowiem wiele pozytywnych recenzji, które podkreślają jego niewielkie rozmiary (iso najpopularniejszej teraz wersji 4.3.1. ma tylko nieco ponad 100 MB!), zwinność (można go załadować z USB w całości do RAMu) oraz przyjazność i posłuszeństwo – jak na pieseła zresztą przystało. „Wow, puppy taki dobry, użytkownik taki szczęśliwy!”, pomyślałem i zainstalowałem. Wrażenia: całość wygląda jak obrazek w paincie zrobiony przez kilkulatka a potem uzupełniony naprędce wycinanym kolażem przez innego. Rezultat: deinstalacja po 15 min. użytkowania. Owszem, jestem estetą: minimalistą jednak a nie dadaistą, do diabła, i nie mogę pracować w środowisku, które wygląda jak przedszkole – nawet jeśli to przedszkole dla potencjalnych członków Mensy (instalacja była w trybie tekstowym, co mnie urzekło!).

Puppy: kto to rysował?!
Wow, ikonki takie ładne, pieseł buja w obłokach, uszanowanko!

Lubuntu 15.04

Ostatnim pingwińskim distro, które ugościłem na dysku EEE jest lubuntu. System na pierwszy rzut oka wygląda bardzo podobnie do xubuntu: interfejs wzorowany raczej na Windzie niż na OSX, duże możliwości customizacji wyglądu oraz wyraźnie zredukowany czynnik eye-candy w stosunku do wyjściowego Ubuntu. Ikonki w panelu może trochę za bardzo trącą infantylizmem, na szczęście jednak panel można zmniejszyć i uprzezroczyścić do tego stopnia, że nie jest to faktycznym problemem. Instalacja nowego oprogramowania odbywa się domyślnie przez Lubuntu Software Center, który jest tylko nieco mniej przyjazny niż Ubuntu Software Center, ale działa nie wolniej niż totalnie odchudzony Synaptic Package Manager – z czego przyjazność tego ostatniego jest mniej więcej na poziomie przeciętnej Pani Halinki z okienka pocztowego w poniedziałek w okolicach 9:30. Co jednak najważniejsze, czas bootowania jest wyraźnie bliższy temu w Crunchbang – co dla mnie jest bardzo dużą zaletą. Drzazgą w karku było tempo pracy przeglądarek internetowych: zarówno Mozilla jak i Chromium trochę kulały – jest to jednak osobny problem, który tymczasowo przegoniłem przesiadając się na uroczo minimalistyczną acz funkcjonalną Midori. Na ten moment niniejsze kombo spełnia wszystkie wstępne wymagania i jako takie zostaje na EEE do czasu kolejnej użytkowniczej traumy, która jest pewnie tylko kwestią czasu…

Lubuntu: czysto, przejrzyście i minimalistycznie.
Czysto, przejrzyście i funkcjonalnie. Jak dla mnie – bomba!

PS Wszystkie screeny ściągnięte z oficjalnych stron tych systemów.

Advertisements

6 uwag do wpisu “Pingwiny i nieloty: rezurekcja

  1. Właśnie nie bardzo ;) Wszystkie pingwiny były bardzo goodboy a Crunchbang jest pod tym względem nie do pobicia. Ale spoko, zanim wystawię EEE na aledrogo.pl, zrobię jeszcze szybki przegląd szczególnie nieprzyjaznych dystrybucji Linuksa ;D

  2. No to dawaj, dawaj :-). Chętnie wysłucham w przyszłości Twojego zdania na temat tych dystrybucji. Swoją drogą, a propos przyszłości, pasowałoby się w końcu spotkać w świecie rzeczywistym, nieprawdaż, Zacny Młodzieńcze? :-)

  3. @Konrad: Pasowałoby, pasowało :)
    @Wojciech: Nie cisza, tylko jak padło hasło „chłopaki z siłki”, to poleciałem po zapas gainerów, żeby mieć czym Was przywitać, Marki ;D

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s