W zakładce o mnie zdeklarowałem, że pierwszą grą, w którą grałem (a co pamiętam na poziomie świadomym) jest Space Invaders. Fakt. Jednakowoż pierwszą grą, w którą grałem ze świadomością, że należy ona do kategorii gier komputerowych, mających znacznie więcej reprezentantów (jakkolwiek w trakcie owego procesu myślowego użyłem chyba nieco innej nomenklatury), jest International Karate, w które po raz pierwszy grałem tylko trochę później.

<flashback_theme=ON> Oto jest rok 1990, lato pełną paszczą i wakacje. Mały Wojtuś siedzi z oczami wielkości płyt kompaktowych, których wtedy jeszcze nie było w Polsce i przygląda się plątaninie kabli łączącej telewizor „Neptun”, komputer, magnetofon, radio „Unitra” i dwa dżojstiki „Matt”. Na ekranie natomiast…

To zdjęcie wydobyłem bezpośrednio z mojej kory wzrokowej specjalną aplikacją na Androida, która jest jeszcze w fazie beta-testów…

Dobra, starczy tego sentymentu <flashback_theme=OFF>. Faktem jednak pozostaje, że ówczesne doświadczenie było dla mnie czymś absolutnie bezprecedensowym. Genialna muzyka (we wszystkich lokacjach przygrywał ciągle ten sam numer – ale za to jaki!), feeria kolorów na ekranie (to nic, że z przeplotem) no i przede wszystkim bogactwo behawioralne kontrolowanych postaci (8 kierunków i 1 fire a ile się z tego dało wycisnąć!), z którego zdawałem sobie sprawę, mimo że wtedy nie miałem się przecież do czego odnieść. Co po tym wszystkim pozostało kilkadziesiąt lat później?

Ej, przecież wyjąłem wtyczkę z głowy…

Nie, nie, nie – to nie ten obrazek! Koniec tego oldskula, przechodzimy w podwójne skalowanie, courtesy of VICE C-64.

Już lepiej – widok jak po założeniu okularów.

No, cóż – nawet po podrasowaniu grafika trąci nieco tapirowanymi grzywkami, waflami Kuku-Ruku i nawijkami MC Hammera w tempie umiarkowanym. Z drugiej jednak strony nie sposób nie docenić liczby szczegółów upakowanych w ośmiu bitach a płynność animacji obroniłaby się nawet dzisiaj – kopnięciem z półobrotu.

Tył+fire – pierwszy cios, którego się nauczyłem!

Grywalność ciągle daje radę. Ciosów jest wiele i można stosować różne taktyki – od jazdy na żywioł (doskok i wyskok – działa cuda) po śmieszne bieganie w przysiadzie, którym można wykiwać nawet francuskie lisy, IYKWIM. Poziom trudności wzrasta łagodnie, pojedynki urozmaicane są mini-grami typu zrób unik przed lecącą dzidą a rozgrywka jest płynna i miodna – no, wyjątkiem są może te nieliczne momenty, w których postacie próbują zabić się spojrzeniem.

dziwne
„O, do diabła – zostawiłem ryż na ogniu!”

Wreszcie muzyka – ona zestarzała się najmniej i wciąż jest rewelacyjna a co jeszcze bardziej mnie ucieszyło (vide: niedawny wpis): pamiętałem ją doskonale i zresztą nie tylko ja, czego dowodem jest ten absolutnie groovy cover, od którego włosy na głowie zjeżyłyby się w muzycznym doświadczeniu mistycznym nawet d*pkowi. No, właśnie – kim jest d*pek, którego inwokowałem z imienia w ubiegłym tygodniu?

 

dupek

No, cóż – mało to chwalebne, ale ów dostojny sędzia cierpliwie i skrupulatnie pilnujący przestrzegania przez zawodników reguł w każdym pojedynku w mojej pamięci zachował się właśnie jako d*pek. D*pek bowiem miał to do siebie, że przerywał rozrywkę w najbardziej emocjonujących momentach a przy tym zachowywał wyraz twarzy sprzyjający projekcji i ujrzeniu tam eksplicytnej szydery. Silnik gry natomiast nie przewidywał możliwości akcji katarktycznej polegającej na przetransportowaniu d*pka do znajdującego się za nim zbiornika wodnego. Nie pozostało zatem nic innego jak degradacja d*pka wyłącznie na drodze semantycznej.

Ten obrazek mam przed oczami, gdy ponoszę porażki. Czyli przez jakieś 90% czasu.

PS Faktycznym autorem nieeleganckiej acz filuternej apelacji rzeczonego sędziego jest Tomasz L. Stary, jeśli jakimś cudem to czytasz – piona! :D

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “International Karate, czyli kim jest d*pek?

  1. Dobrze, że D*pek nie odzywa się wtedy, gdy biegasz.

    A czy nie uważasz, Wojciechu, że idąc do chińskiej restauracji zaistnieje prawdopodobieństwo spożycia dania przygotowanego przez identycznie wyglądającego pana? :-)

  2. O, Stary :D W naturze d*pka leży szydzenie w każdym momencie, gdy przegrywam, więc bieganie nie jest z tej prawidłowości wyłączone ;)
    Natomiast prawdopodobieństwo zaistnienia sytuacji, o której piszesz, istnieje, jak mniemam :]

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s