software

Abadox

Wydany w 1989 r. Abadox elegancko wpisuje się w schemat: lecimy w prawo tudzież w dół, strzelamy do hord wrogów, zbieramy bonusy, etc. Progresja jest dość schematyczna: start, połowa etapu i miniboss, koniec etapu i megaboss, z reguły wkomponowany w wystrój otoczenia. Gra jaka jest, każdy widzi – co więc sprawiło, że zamiast łoić w Dooma, piszę o Abadox? Dwa pytania, które nawiedzają mnie od momentu, gdy pierwszy raz w niego zagrałem.

Czy ktoś w ogóle to przeszedł?!

W Abadox grałem w pierwszej połowie lat ’90 będąc już całkiem niezłym zaciętym upartym graczem i doszedłem do drugiego etapu, w którym stwierdziłem, że chyba jednak nie jestem tak dobry, jak lubiłem o sobie wtedy myśleć. Szczęśliwie czasy się zmieniły i teraz dzięki emulacji udostępniającej opcję save state/load state ukończyłem tę grę, jakkolwiek nie obyło się bez litanii teologiczno-anatomicznych. Abadox jest bowiem potwornie trudny i to właśnie z myślą o takich produkcjach ukuto pojęcie nintendo-hard. Jedno bezpośrednie trafienie naszej postaci zabija ją na miejscu, pozbawia wszystkich upgrade’ów i umieszcza w miejscu po ostatnim bossie. Przeciwników jest mnóstwo, poruszają się po jakichś schizofrenicznych trajektoriach i bezlitośnie plują pociskami, z których część ma przykrą właściwość heat-seekingu. Jakby tego było mało, sceneria którą przemierzamy, obfituje w morfopatologie (zęby w przełyku?!) oraz architektoniczne (stenty ze zbrojonego betonu?!) i elektroniczne (układ scalony w żołądku?!) koszmary. Na szczęście power-up’ów jest dzikie mnóstwo i bardzo często natrafiamy na kojąco niebieski pojazd, który po zestrzeleniu wypuszcza jakąś literkę. Arsenał obejmuje naprowadzane rakiety, laser, zwykły karabin, kulko-tarcze i parę innych standardowych gadżetów a po zgromadzeniu kilku zabawek nasze szanse na przeżycie rosną. Choć może powinienem powiedzieć: czas do zgonu robi się mniej krótki…

Kto w ogóle wymyślił tę grę?!

Z intro jak i outro wynika, że nasz bohater ubrany w bojowy skafander dokonuje desantu na planetę-matkę, wlatuje do jej wnętrza (sądząc po języku, który mijamy – są to usta), poznając przy tym jej procesy fizjologiczne i wreszcie zgarnia jakąś dziewczynkę uwięzioną w przezroczystej bańce, po czym ucieka przez… przez… hmm, no nie przez usta w każdym razie, zostawiając eksplodującą planetę-matkę w tle. Zdaję sobie sprawę, że wątek podróży przez ciało jakiegoś innego stworzenia nie jest aż taki oryginalny, ale w kontekście starych gier na NESa zawsze znajdowałem go jako wybitnie krypny. Ekran zapełniają potwory, które mogły zrodzić się tylko w umysłach ludzi o estetyce ukształtowanej przez anime z lat 80 a wszystko pulsuje krwistą czerwienią i mimo że to 8 bitów, to nie sposób zapomnieć, że przemieszczamy się w bebechu jakiegoś infernalnie obcego organizmu. Tkanka wewnątrz planety potrafi przyjmować różne kształty i czasem atakują nas wyrastające ze ściany ręce a czasem całe głowy z wyrastającymi z nich mackami, z których z kolei wyrastają oczy. Sceneria jak i bestiariusz to w sumie bardzo niepokojąca mieszanka kości, żył, metalu i plazmy. Powiem więcej, jak byłem mały, to przez Abadox bałem się spać w obawie, że obudzę się zamknięty w świecie tej gry i będę się musiał przedzierać przez jakieś tętnice, okrężnice i kątownice. Teraz z kolei boję się przerywać grę, w obawie, że znajdę się w świecie, gdzie będę musiał wreszcie skończyć prezentację na jakąś międzynarodową konferencję.

Zaraz…

This slideshow requires JavaScript.

Advertisements

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s