software

Pingwiny i nieloty – c.d.

Jako że (1) minęło już nieco czasu od momentu, gdy po raz pierwszy przywołałem anonimową córę Koryntu w obliczu linuksowego terminala a (2) stosy pierniczków generują węglowodanową mgiełkę spowalniającą dynamikę negatywnych emocji, uznałem, że to właściwy moment, by zrobić małe résumé moich doświadczeń z Crunchbangiem. Przegląd ma jak zwykle charakter subiektywny, egocentryczny i fragmentaryczny.

Szybkość

Komputer w tym czasie służył przede wszystkim jako kombo: maszyna do pisania, przeglądarka sieci i odtwarzacz mp3 – stosowane w pozycji pół-horyzontalnej tudzież przystolnej-kuchennej, czyli coś, co w zasadzie było myślą przewodnią producentów eee 901. Crunchbang bardzo usprawnił działanie podstawowych aplikacji i jakkolwiek nie sprawdziłem tego z zegarkiem w ręku, to jestem pewien, że od momentu wciśnięcia przycisku zasilania do napisania pierwszego słowa akapitu otwierającego niniejszy wpis nie minęło więcej niż minuta. Trochę słabiej natomiast wypadło działanie internetu. Jestem teraz w trakcie dewolopowania strony mojej placówki naukowej i w 95% czasu robię to z poziomu mojego podstawowego komputera uzbrojonego w dwa rdzenie, 4 GB RAM i Win7. Próba zrobienia tego samego za pomocą eee zaowocowała znacznym poszerzeniem mojego dykcjonarza z zakresu ludowych określeń na podstawowe procesy fizjologiczne ssaków. Na chwilę obecną nie wiem jednak jeszcze, czy to kwestia defaultowego Iceweasela, niewielkiej mocy obliczeniowej eee, czy też zasobożerności Liferay’a.

Oldskul

Kilka dni temu chciałem podpiąć pendrive’a do komputera, by przerzucić parę plików. Czynność wydawałoby się banalnie prosta – tak prosta, że parę lat temu posłużyła w jednym z instytutów, gdzie studiowałem, za kryterium zwolnienia z zajęć obsługi komputerów. Nie muszę więc pisać, jakież było moje zdziwienie, gdy po umieszczeniu urządzenia w slocie USB, komputer mnie po prostu zignorował. Chwila wyszukiwania i już wiedziałem, że nie wszystkie dyski zewnętrzne są automatycznie rozpoznawane przez Thunara, domyślnego menedżera plików, i że czasem trzeba coś zamontować ręcznie. Czyli: zakładamy dedykowany katalog, fdisk -l, żeby rozpoznać, co jest podpięte, a potem mount partycja katalog docelowy – i możemy szastać plikami w jedną i drugą stronę. Przypomina mi to nieco zamierzchłe czasy DOSu, gdy samo wyświetlenie zawartości dyskietki poprzedzone było wklepaniem A:\ oraz dir. A równocześnie uświadamia, jak bardzo wszystkie te procesy są w swojej naturze skomplikowane. I mimo tego, że teraz to wszystko odbywa się automatycznie (przynajmniej w linii produktów Microsoftu), to wciąż pod spodem przebiega mnóstwo procesów, z których istnienia nawet nie zdawałbym sobie sprawy.

Newindows

No, właśnie – Crunchbang na każdym kroku przypominał mi, że posługuję się bardzo skomplikowanym urządzeniem o ogromnych możliwościach. By jednak zaprząc je do skutecznego działania, trzeba trochę pokombinować. I tak, po kilku dniach modyfikowania ustawień systemowych zaobserwowałem u siebie zmianę postawy w stosunku do innych systemów operacyjnych w moim otoczeniu. A mówiąc wprost, z powrotem zrobiłem się ciekawski, czego rezultatem było ekonomiczniejsze ustawienie obu Windowsów (7 i XP SP3 – bardzo skuteczne poradniki znalazłem tutaj i tutaj), tudzież pełniejsze wykorzystanie możliwości win+R (wreszcie nauczyłem się docierać do menedżera zadań w sposób inny niż ctrl-alt-del). Nadal nie łudzę się, że rozkminiłem komputery – ale przypomniałem sobie, jak ogromną satysfakcję daje skuteczność. A do tej nie da się dojść inaczej jak pod górę i z przeszkodami. Niemniej jednak…

Jeden cel, różne drogi

Weźmy przykład: dicter to podręczny klient google translate umożliwiający błyskawiczne tłumaczenie zaznaczonego tekstu. Jest to rzecz absolutnie podstawowa, gdy przez 16h/dobę ma się do czynienia z tekstem, z czego 15 dotyczy tekstu w językach, których się nie rozumie. Autor dictera nie przewidział jak dotąd linuksowego odpowiednika swojego dzieła a żmudne poszukiwania jakiegoś sensownego ekwiwalentu na Crunchbang nie przyniosły rezultatów. I kiedy już wydawało mi się, że nie będzie innego wyjścia jak męczenie się z przeglądarkową wersją google translate, rzuciłem coś w stylu „translate highlited text” – i wtedy prawie od razu trafiłem na świetnego lifehack’a umożliwiającego korzystanie z google translate za pośrednictwem linuksowych powiadomień i zupełnie dowolnego bindowania klawiszy. W efekcie mój podręczny tłumacz jest w tym momencie wygodniejszy w obsłudze i bardziej elastyczny niż dicter.

Myślę, że to jeszcze za wcześnie na bardziej generalne konkluzje, ale podejrzewam, że na tym właśnie polega istota różnorodności OSów: każdy stanowi inną konstelację słabych i mocnych stron czy też bardziej pragmatycznie – każdy stanowi jedno z narzędzi w skrzynce. A im ich więcej i im większą ich liczbą potrafimy się posługiwać, tym lepiej. A tak przynajmniej mi się na chwilę obecną wydaje. I kończąc tym egzystencjalnym akcentem…

…lecę w góry, by zamienić nieco węglowodanowej mgiełki w kilometry.

Advertisements

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s