software

Pingwiny i nieloty

Tym razem niezupełnie o grach. Otóż kilka dni temu zadałem sobie pytanie, co by to było, gdyby tak przejść na oprogramowanie open source – ale tak zupełnie-zupełnie, żadnego oszukiwania, że system mam komercyjny i ewentualnie parę programików ściągnę sobie za darmo. Jak pomyślałem tak też uczyniłem. Wydobyłem z samego dna szuflady starego laptopa (Eee 901), usunąłem z dysku wszelką zawartość i wyruszyłem w nieznane (patos_mode_off) nie wiedząc jeszcze, że to nie ja będę w tej przygodzie pingwinem (suchary_off).

Greetings, mortal – are you ready to try?..

W mojej błogosławionej naiwności cały proces wyobrażałem sobie mniej więcej tak: /me zasiada do komputera, loguje się do internetu, wchodzi na stronę linuks kropka org albo jakoś tak, wybiera najnowszą wersję, ściąga, instaluje, ewentualnie uzupełnia jakiś odpowiednik service pack’a i voila. Tak, możecie już przestać się śmiać. Szybko bowiem zorientowałem się, że linuks, jak na open source przystało występuje w liczbie dystrybucji nieco tylko mniejszej od całkowitej liczby wszystkich użytkowników tego systemu. Jako że czasu na zbudowanie solidnej podbudowy teoretycznej jak zwykle nie było (deathclock robi tik-tak) a całe przedsięwzięcie i tak postrzegam w kategorii eksperymentu, uznałem, że na pierwszy ogień pójdą Mint oraz Crunchbang. Przede wszystkim z uwagi na konfigurację mojego komputera. I mózgu.

Pierwsze koty za płoty

Zacząłem od Mint 12 o wdzięcznym codename’ie „Lisa”. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie i szybko, rzekłbym nawet, że błyskawicznie. O ile bowiem XP na moim lapciu instaluje się z reguły kilka godzin, wliczając w to wszystkie dodatki, które potem trzeba ściągnąć, to te niecałe dwa kwadranse (jeśli nie kłamię – nie trzymałem zegarka w ręku) były istnym blitzkrieg’iem. Niestety jednak, podobnym blitzkrieg’iem okazało się moje tego systemu użytkowanie. W ciągu niecałych dwóch kwadransów bowiem:

  • utknąłem na procesie aktualizacji – z jakichś niewyjaśnionych (pierwsza strona google nie dała odpowiedzi) względów nie byłem w stanie ściągnąć zestawu update’ów, nawet tych oznaczonych jedynką (czyli ważnych);
  • spowodowałem sztywny zawias komputera – z poprawką na to, że może po prostu moja niecierpliwość zdeformowała percepcję rzeczywistości;
  • znalazłem się w sytuacji, w której komputer po zrestartowaniu zostawił mnie z pętlą user-password-user-password; dodam tylko, że choć pamięć mam słabą, to te dwie zmienne znałem doskonale.

O czym to ja?.. Aha, ten ostatni problem z pewnością ma jakąś swoją nazwę i da się rozwiązać. Ja jednak poszedłem na łatwiznę i uznałem, że to jednak będzie koniec naszej bliższej znajomości – mimo tego, że interface systemu mnie urzekł swoją świeżością i lekkością. Mieszanka bieli i zieleni w porównaniu z wręcz barokowym przepychem windy wypada naprawdę dobrze. Cóż…

Imperium kontratakuje

W efekcie pozostał mi crunchbang, czyli #1, choć jeszcze nie wyczaiłem, skąd ten skrót. Wyboru dokonałem sugerując się wynikiem wyszukiwania google „eee 901 best linux distro”. I faktycznie: system zmieścił się na CD a przebieg instalacji był równie krótki jak w przypadku miętówki – z tą jednak różnicą, że odbył się szybciej, umożliwił ściągnięcie wszystkich dodatków a po restarcie gładko przeszedł do trybu pracy. At first I was like: wow, przejrzystość tak bardzo, prostota ikonek, tapeta taka fajna, uszanowako! And then odkryłem, że instalowanie aplikacji jest nieco inne niż w windzie, nie można sobie ot tak szastać plikami po dyskach a kliknięcie na .exe nie zawsze tę aplikację uruchamia. Co więcej, 4 GB podstawowego dysku bardzo szybko się wyczerpało na niezbędne mi programy (biurowe, biblijne, etc.) a na dodatkowych 16 świeciły pustki. Koniec, pomyślałem, poddaję się. Wracam pokornie do windy – wszystko będzie mi się tam ciągnąć niczym wizyty „w gościach” gdy miałem 8 lat, ale przynajmniej środowisko już znam, parę sztuczek też opanowałem (win+R – wow, jaki haker!) a samoocena nie jest przecież taka ważna dla osobowej egzystencji.

Forever young czyli n00b again

I mniej więcej 5 godzin później, podczas instalowania SP3 zdałem sobie sprawę, że jeśli czegokolwiek chcę się w (tym) życiu nauczyć, to muszę ponieść przynajmniej kilka porażek. W końcu FAIL to nic innego jak First Attempt In Learning (Paulo Coehlo mode off). W chwili obecnej więc piszę ten tekst na oprogramowaniu, które jest 100% open source i uruchamia się z poziomu 100% open source OS. Zainstalowanie obsługi klawiatury polskiej i hebrajskiej zajęło mi ok. 1,5 godziny (czytaj: ogarnięcie, jak to w ogóle zrobić), nieco szybciej poszło mi dodanie podstawowych słowników do Libre Office. Nauczyłem się też polecenia sudo aptitude i umiem już usuwać niepotrzebne programy z systemu. Ba, dopisałem sobie (po jakiejś godzinie kombinowania) parę linijek do rc.xml dodając w ten sposób skrót do dropboxa!

More to follow.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Pingwiny i nieloty

  1. hahahahhahhaha skąd ja to wszytko znam, miałem kilkanaście wersji linuxa, wszystkie odpadły prędzej lub później :-)

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s