software

Karateka

Wieki temu, w czasach, gdy na kalkulator mówiło się „komputerek” a ci szczęśliwcy, którzy mieli zegarki z kalkulatorami mogli udawać, że dysponują kieszonkowym mikroprocesorem, dzięki któremu są w stanie komunikować się ze statkiem-matką, w razie potrzeby wezwać posiłki, tudzież spopielić wroga wiązką laseru uruchamianą wykonaniem równania 2×2, po którym dochodziło do… No, w każdym razie dość dawno temu, miałem w rękach jakieś czasopismo komputerowe. Prawdopodobnie był to Bajtek, w którym większość miejsca zajmowały nowinki technologiczne, poradniki programowania i katalogi rodzących się dealerów hardware’u – moja lektura zatem ograniczała się do tych wąskich kolumn przyozdobionych niekiedy podłej jakości screen’ami z gier. Pewnego razu trafiłem tam na opis gry Karateka. Zdjęcia były bardzo nieciekawe, autor recenzji zjechał grę za jej monotonię, schematyczność i ubóstwo oprawy audiowizualnej, natomiast zrobił równocześnie coś, co wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że mimo iż od owego popołudnia, gdy zatonąłem w lekturze Bajtka upłynęło co najmniej kilka dioptrii, jestem w stanie odtworzyć w głowie układ graficzny całej recenzji. Co to było takiego? Po kolei, jak to mówią partyzanci po wyjątkowo udanej akcji.

Samą grę napisał Jordan Mechner (znany przede wszystkim z wczesnych odsłon serii Prince of Persia) a wydało Brøderbund w 1984 roku. Kulisy powstania gry również są ciekawe: samotny programista, muzyka zrobiona przez profesora psychologii tudzież żart z odwróconym ekranem po uruchomieniu niewłaściwego pliku. Szybki rekonesans w sieci pokazuje również, że wbrew temu, co przeczytałem w ówczesnej recenzji, Karateka zbierał pozytywne oceny w dużym stopniu jednak uzależnione od samej platformy, na której był uruchamiany. Wersje dedykowane tym poważniejszym komputerom charakteryzowały się większą liczbą detali, klatek animacji, kolorów, etc. – rdzeń rozgrywki pozostawał jednak zawsze ten sam: idziemy w prawo i łoimy kolejnych przeciwników. Po co i dlaczego?

W grze pojawia się raptem kilka słów. Tytułowy „karateka”, „start”, „Brøderbund” i niewiele ponad to. Rozgrywka zaczyna się na zewnątrz, słyszymy szumiące ośmiobitowe morze, nasz białowłosy bohater ma za sobą przepaść a przed sobą bardzo długą drogę w prawo (btw. zastanawialiście się kiedyś, dlaczego przeważnie w prawo a nie w lewo?). W naszą stronę (tj. w lewo) biegną co jakiś czas oponenci różniący się jedynie kolorem kimona oraz nakryciem głowy (w zasadzie to także długością paska hitpointów oraz ilością ciosów, które są zdolni wykonać w jednej kombinacji) wysłani tam gestem palca wskazującego przez wielkiego złego gonzo. Co parę walk wyświetla nam się scena przedstawiająca niewiastę siedzącą samotnie w pustym pomieszczeniu (zamkniętym z prawej strony ścianą, co sugeruje, że to koniec trasy) i słuchającą rzewnej muzyki. Krótko mówiąc, hermeneutyczne skąpstwo.

Przenieśmy się więc z powrotem w czasie do owych wczesnych ‘90. Mały Wojtuś siedzi na łóżku i wielkimi jak spodki od filiżanek oczami chłonie treść recenzji Karateki – jak by nie było, stosunkowo nowej wtedy produkcji. Oto pewien zły szogun w zawiści skierowanej przeciwko naszemu dobremu bohaterowi, porywa jego żonę i więzi w pilnie strzeżonej komnacie w głębi swojej rezydencji znajdującej się na niedostępnym wzgórzu. Tytułowy karateka to oczywiście nie dość że człowiek dobry i prawy, to jeszcze niezwykle skuteczny, więc postanawia samodzielnie rozprawić się z szogunem. Samodzielnie a co więcej – honorowo. Dlatego więc zaraz po wdrapaniu się na rzeczone wzgórze, mimo ogromnego zmęczenia podchodzi do najbliżej stojącego przeciwnika, składa mu głęboki ukłon i po obustronnej zgodzie, przechodzi do pozycji bojowej. Oponent wykonuje krok w przód i serię kopnięć, które karateka blokuje przedramieniem, po czym odpowiada dwoma uderzeniami w splot słoneczny i kopnięciem w głowę. Przeciwnik chwieje się na nogach, ale ponawia atak, tym razem w znacznie bardziej chaotyczny sposób. Karateka robi unik po czym wyrzuca podwójne, niskie kopnięcie kończące walkę. Adwersarz osuwa się na ziemię a nasz bohater czuje pulsującą w skroniach krew. Trochę grafomańsko, prawda? Prawda. To dlatego, że podkoloryzowałem. Tak naprawdę z całej recenzji pamiętam ejdetycznie tylko ten fragment o zablokowaniu ciosu przedramieniem, resztę zrekonstruowałem w oparciu o kompleks emocji i wspomnień.

Małe przypomnienie: w grze pojawia się raptem nieco ponad linijka tekstu pisanego, postacie nie przejawiają żadnych grymasów natomiast walkę prowadzimy pięścią i nogą (A i B albo na odwrót). Zmierzam natomiast do tego, że ów recenzent (jeśli jakimś cudem to czyta – pozdrawiam i dziękuję!) dysponując strzępkami informacji (gra, jakieś zagraniczne magazyny, być może nawet oryginalne opakowanie – a może po prostu własna wyobraźnia?) opowiedział całą historię stojącą za rozgrywką. W ten sposób, gdy pierwszy raz zasiadłem do gry (a było to kilka lat po przeczytaniu opisu), to ja po prostu wiedziałem, że moim celem jest pokonanie złego szoguna i uratowanie żony. A, pamiętałem też, że żonie należy się ukłonić, bo inaczej gra się nie skończy.

Puśćmy teraz nieco wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że Wojtuś lat: mało owego wieczoru przeczytał, że oto dobry szogun dowiedział się pewnego dnia o szykującym się przewrocie mającym na celu rzecz straszną, bo zabójstwo cesarza. Całe przedsięwzięcie organizowane było przez tajemniczą, demonicznie białowłosą parę. Szlachetny szogun rozbija spisek i ściga diabelski duet – udaje mu się jednak złapać tylko demonicę, podczas gdy płowowłosemu potworowi udaje się zbiec. Demon, jak to demony mają w zwyczaju, jest strasznie zawzięty i decyduje, że doprowadzi rzecz do końca, mimo że jego siły zostały już mocno nadwyrężone. Wzlatuje więc na wzgórze i staje naprzeciwko pierwszego sługi dobrego szoguna, po czym rusza do przodu. W prawo.

Między innymi dlatego, ponad 20 lat później, miałem frajdę z Karateki: mogłem dopowiedzieć sobie dowolną historię i stać się jej bohaterem. To nic, że tym razem dostałem bęcki już w pierwszej dziesiątce przeciwników – i tak było fajnie.

PS Tak, wiem – wyszła nowa odsłona Karateki, i to już jakiś czas temu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Reklamy

Zdaniem ekspertów:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s